O autorze
Starty w rajdach rozpoczął w roku 2001 od Enduro w klasie 2K quadów, by wkrótce rozpocząć rywalizację sportową także w Cross Country w klasie 2K. Od tego momentu wielokrotnie stawał na najwyższym podium Mistrzostw Polski w Enduro (2003, 2004, 2005, 2007, 2008) oraz w Motocrossie (2005), by w końcu sukcesy krajowe przekuć na osiągnięcia międzynarodowe.
W 2009 r. wywalczył III miejsce w Rajdzie Dakar, będąc pierwszym Polakiem w ponad 30-letniej historii tego najbardziej znanego rajdu na świecie, któremu udało się stanąć na podium. Sezon 2010 r. w światowej rywalizacji quadów całkowicie należał do quadowca, który zdominował klasyfikację Pucharu Świata Cross Country.

Pustynny magnetyzm

Cross-country może wydawać się sportem dla „dziwnych” ludzi, ale startowanie w rajdach to wielki przywilej, ponieważ tereny po których jeździmy wiodą przez najbardziej odległe pustkowia świata, przez regiony, który niemal nikt nie ogląda. Nawet programy telewizyjne nie uwzględniają ich w swojej tematyce. Wydają się być zupełnie zapomniane przez ludzi, naturę i Boga. My mamy to szczęście, że możemy je oglądać i choć czasem robimy to w pośpiechu, wynikającym z charakteru rywalizacji, są też momentu, kiedy mamy czas, by się nimi napawać, podziwiać.

Z daleka można uznać pustynię za nieciekawy teren, ale kiedy się na nią wjedzie, poznaje się całą jej różnorodność i surową, dziką, unikatową i groźną urodę. Przykładowo pustynia w Emiratach Arabskich wydaje się być martwa – a żyje, bo są tu liczne małe zwierzątka, pustynne gazele, czy dzikie wielbłądy i ciekawe odmiany roślin. Wydaje się być pozbawiona kontrastów – a kiedy wstaje lub zachodzi słońce, kontrasty są tu wprost niezwykłe. Wydaje się mieć jeden monotonny, bladożółty kolor piasku – a mieni wieloma barwami od bieli po głęboką, rdzawą czerwień. Wydaje się płaska – a jest bardzo zróżnicowana i niemal w całości pofałdowana.

Takie miejsca przemierzamy w wielu krajach, na kilku kontynentach. Czasem lepiej poznajemy ich fragmenty, kiedy coś się popsuje i tkwimy w jednym miejscu, lub ruszamy pieszo w poszukiwaniu pomocy. Godzinami nie widzimy ludzi, ani zabudowań.



W wydmach jest zaklęta magia, bo są czymś zupełnie naturalnym. Żywiołem formowanym przez inne żywioły – niezależne i nieokiełznane. Byłem na większości pustyń świata i najpiękniejsza jest chyba Atakama: nietknięta, dzika i bardzo brutalna. Wielokrotnie podczas Dakaru przeżyliśmy tam trudne chwile. Są na niej miejsca, gdzie od 150 lat nie spadła nawet kropla deszczu, a wydmy rosną do tak niebotycznych rozmiarów, że człowiek czuje się przytłoczony, stając w ich obliczu. Niektóre mają po kilkaset metrów wysokości. Z drugiej strony moją ulubioną pustynią jest chyba ta w Emiratach Arabskich. Mieni się kolorami, kształtami, a o wschodzie i zachodzie słońca tańczą po niej niezwykłe cienie. Jest urzekająca i wracam do niej jak tylko mam taką możliwość. I chyba będę wracać zawsze.

Dla mieszkańców pustyni wydmy nie mają tajemnic. Miejscowi potrafią rozpoznać ich miękką i twardą stronę oraz kształt po ułożeniu, kontekście, czy horyzoncie. Dla nas, przybyszów z zupełnie innego świata, one wciąż pozostają zagadką. Po latach jazdy po piaskach Afryki, czy Ameryki Południowej wydaje nam się, że już nieźle poznaliśmy wszystkie rodzaje rozłożenia „złotych fałd”, ale one nie przestają nas zaskakiwać. W tym roku w Abu Zabi wiały mocne wiatry i padał deszcz, które zupełnie zmieniły ułożenie wydm, formując je w kształty, których nigdy w życiu nie widziałem.



Niezwykłość tego sportu polega też na tym, że jesteśmy z naturą bezwzględnie skonfrontowani. Kiedy jest upał, to czujemy jakby krew gotowała nam się w żyłach i buzowała pod czaszką. Kiedy jest zimno trzęsiemy się, próbując zgrabiałymi dłońmi utrzymać kierownicę, a na dużych wysokościach zdarza się, że kryształki lodu osadzają się na naszych brwiach i brodach. Doświadczamy wszystkiego, przed czym dzisiejsza cywilizacja stara się nas chronić poprzez takie wynalazki, jak klimatyzacja, czy ogrzewanie. My jesteśmy wystawieni na rzeczywiste warunki. Potrzebujemy tylko benzyny, oleju i wody oraz odrobiny jedzenia, aby pokonać nawet 1000 km dziennie przez pustkowia świata. Jest w tym coś pierwotnego i wędrowniczego. Coś naturalnego, bo kiedyś człowiek przemierzał świat koniem, czy wielbłądem, a my robimy to pojazdami mechanicznymi, które te zwierzęta bardzo dobrze przypominają.

Wracamy wciąż do rywalizacja nie tylko dlatego, że jesteśmy uzależnieni od adrenaliny, a w żyłach płynie nam benzyna, ale przede wszystkim po to, by wciąż na nowo przekonywać się jaki świat jest piękny.

Trwa ładowanie komentarzy...