Brazylijski moto-mundial

Brazylijski mundial skończył się w połowie lipca, ale dla mnie dopiero się zaczyna. W czwartek i piątek odbiory administracyjne, a w sobotę start prologu na Goiania International Circuit. Po raz trzeci staję na starcie rajdu Dos Sertoes w Brazylii i po raz trzeci chcę wywieźć z Ameryki Południowej Puchar Świata. Do znudzenia powtarzam sobie, że to cel nadrzędny, bo gdy w żyłach buzuje adrenalina - prędkość i kolejne etapowe zwycięstwa smakują wyjątkowo.

W sporcie bolesne doświadczenia najlepiej przekuwają się w sukces. Przed rokiem w Brazylii popełniłem błędy. Ceną za nie było miejsce poza podium. Do tego należy doliczyć pechową awarię, problemy z oponami i groźną kraksę, w której uratował mnie tylko kask. Gdybym kilka miesięcy później kończył karierę z dorobkiem dwóch Pucharów Świata i jednego wicemistrzostwa, to zostałbym z bolesną nauką odebraną na Dos Sertoes 2013. Nie zrobiłem tego jednak i teraz przystępuję do rywalizacji z takim samym przeświadczeniem, z jakim przystępowałem w tym roku do Abu Dhabi Desert Challenge.

W Zjednoczonych Emiratach Arabskich startowałem wcześniej czterokrotnie i nigdy nie udało mi się wygrać. Dwa razy miałem bardzo bolesne doświadczenia - złamany nadgarstek w 2009 i potworną wywrotkę w 2012. W 2013 byłem już trzeci, a w tym roku używając wszystkich wcześniejszych doświadczeń wygrałem ten rajd. To było dla mnie duże wzmocnienie psychiczne na początek sezonu. Bo jak widać doświadczenie, cierpliwość i wytrwałość prowadzą do sukcesu, który można osiągnąć bez desperacji i szaleństwa.


Przystępuję więc do Rajdu Brazylii ze świadomością, że zebrałem już wiele doświadczeń. Oczywiście trasa co roku jest zupełnie inna i pokrywa się z poprzednimi tylko w niewielkich fragmentach, ale to nie dokładna znajomość topografii buduje zwycięzcę. Być może potrzebne mi były cztery lata od zwycięstwa w Dos Sertoes, by nabrać pokory, odebrać trudną naukę i wrócić, by wygrać.

Na starcie po raz kolejny staną obok mnie sami lokalni wyjadacze. Dwóch doskonałych Urugwajczyków: Sergio Lafuente i Mauro Almeida, który pomagał mi na dojazdówce do mety ostatniego Dakaru. Poza tym sami Brazylijczycy, a wśród nich moi zeszłoroczni konkurenci Robert Nahas i Marcelod Medeiros. Jestem jedynym zawodnikiem z Polski, Europy, innego kontynentu niż Ameryka Południowa. To będzie więc ogromne wyzwanie, do którego nie brakuje mi motywacji.

Ważne jednak żeby nie mieć "nadmotywacji", bo wtedy można zrobić coś głupiego. Dla lokalnych kierowców to jest tylko „wygrać rajd – przegrać rajd”. Dla mnie to jest tylko cel pośredni – nadrzędny to Puchar Świata. Mam nadzieję, że Brazylia po raz trzeci okaże się dla mnie szczęśliwa.

Trwa ładowanie komentarzy...