Kraj, w którym zwycięstwo smakuje najlepiej

Po raz trzeci wystartowałem w Rajdzie Brazylii i po raz trzeci zapewniłem sobie tutaj Puchar Świata FIA w cross-country. Trofeum zdobyte po Dos Sertoes smakuje wyjątkowo i nie ma chyba lepszego miejsca na świętowanie takiego zwycięstwa niż kraj samby, kawy i nieustającego karnawału.

Brazylia ma niemal 200 milionów mieszkańców. Jeśli więc porównywać skalę, to rajd Dos Sertoes z powodzeniem można by uznać za równe rangą mistrzostwom Europy. Na takie słowa z pewnością podniosą się głosy protestu, bo przecież to „tylko” jeden kraj, a nie cały zróżnicowany kulturowo kontynent. Co więcej nie chcę mówić tu tylko o liczbach, ale i o jakości. Często nie zdajemy sobie sprawy, jak wielkie tradycje w sportach motorowych mają Brazylijczycy, czy Argentyńczycy. Za najprostszy i oczywisty przykład niech posłuży nam śp. Ayrton Senna, który do dziś pozostaje symbolem w Formule 1.

Ameryka Południowa od lat jest obecna w motor sporcie i co jakiś czas wypuszcza na tory, czy rajdowe trasy prawdziwych magików kierownicy. Ostatni rajd Dos Sertoes jest tylko potwierdzeniem tej tezy. Do Brazylii zjechała się cała motocyklowa elita – prawdziwa śmietanka i creme de la creme zawodowców z teamów fabrycznych KTM, Hondy, czy Yamahy. W starciu z taką konkurencją trzecie miejsce zapewnił sobie miejscowy zawodnik Jean Azevedo. W rywalizacji samochodów bezkonkurencyjny był Reinaldo Varela, a wśród quadowców nieco szybszy ode mnie był Robert Nahas.

To nie są przypadki, tutaj rodzą się naprawdę doskonali kierowcy. Co więcej mają bardzo profesjonalne podejście do tego co robią. Nie ma to nic wspólnego z argentyńskimi kombinacjami podczas Dakaru. Robert Nahas walczy twardo, ale uczciwie. Wykorzystuje to, że zna w Brazylii każdy kamyczek. Na mecie każdego oesu czeka na niego serwis, bez względu na to, czy dojazdówka ma potem 20, czy 100 km. Jest profesjonalistą w każdym calu i ma dobry, konsekwentny warsztat rajdowy, który należy podziwiać.

Zająć więc drugie miejsce podczas rajdu odbywającego się w takim kraju, jak Brazylia jest ogromną radością. W szczególności, jeśli pozwala sięgnąć po trzeci w karierze Pucharu Świata. Bardzo się cieszę, że po raz kolejny stało się to tu, w szczęśliwej dla mnie Brazylii. Trofeum w tym roku smakuje jednak wyjątkowo z innego powodu. Wreszcie mam poczucie, że jestem najbardziej wszechstronnym zawodnikiem, bo oprócz tego, że jeżdżę w Dakarze, to ścigam się w sześciu krajach i czuję, że tylko mój własny błąd lub zbieg okoliczności mogą sprawić, że przegram dany rajd.

Moglibyśmy zrobić w tym miejscu porównanie do innej dyscypliny sportu. Gdybym był tenisistą miałbym w tej sytuacji poczucie, że tak samo poradzę sobie na korcie ziemnym i na trawie. Na każdej nawierzchni i w każdych warunkach mogę wygrać. Oczywiście nie zawsze mi się to uda, bo w sporcie jest to niemożliwe, ale moje wygrane nie są przypadkiem.

Puentą niech będzie to, jak środowisko rajdowe w Brazylii podeszło do mojego drugiego miejsca w Dos Sertoes. Komentarze były jednoznaczne: „nie wygrał? Jak to?”. To nie jest ich zbędna grzeczność, tylko przekonanie, że przyjechałem znów wygrać.
Trwa ładowanie komentarzy...