Rajdowa nostalgia

Przeszedłem drogę od szczypiorka do zwycięzcy. Pięć lat temu przyjechałem na pustynię w Zjednoczonych Emiratach Arabskich będąc pewnym swoich umiejętności. Tutejsze piaski szybko i boleśnie zweryfikowały ten pogląd. Dziś jestem nieco melancholijny. Czas od tamtego debiutu w Abu Zabi uciekł szybciej niż zdążyłbym pstryknąć palcami i mimo, że pierwsze wspomnienia nie są zbyt przyjemne wracam do tej lekcji z pewną nostalgią.

To było tak: nowicjusz, który właśnie wywalczył trzecią lokatę w Rajdzie Dakar przyjechał na jedną z najpiękniejszych pustyń na świecie, by spróbować swoich sił w cyklu Pucharu Świata. Nie pokonał nawet 150 km, kiedy helikopter zabrał go z trasy ze złamanym nadgarstkiem. Doskonale rozpoczęty sezon znalazł swój szybki koniec.

Tamtego dnia pustynia po prostu mnie wypluła. To zabolało. Zabolało fizycznie i psychicznie. Wtedy postanowiłem, że będę wracać na tę pustynię, żeby się jej uczyć. O perfekcji nie myślałem i nie myślę. To zbyt potężny żywioł, by go okiełznać, czy nazwać się bezbłędnym w pojedynku z bezmiarem wydm, które niczym delikatnie pofałdowany muślin połykają horyzont. Można jednak czerpać przyjemność z jazdy po tych piaskach i to już jest ogromny sukces. Nie obawiać się, nie szarpać, nie kalkulować, nie popadać w desperację – po prostu się cieszyć. Na wyszczerzone kły, które potrafi pokazać pustynia odpowiedzieć zakurzonym uśmiechem, od którego pęka wysuszona skóra twarzy. To jest satysfakcja! To prawdziwe szczęście!

Dlatego kiedy pytano mnie jak wielką radość czuję z wygrania Abu Dhabi Desert Challenge po pięciu latach starań odpowiadam, że oczywiście bardzo dużą, ale jest coś ważniejszego. Szczery i pełny uśmiech na mojej twarzy wywołuje wspomnienie pięciu ostatnich lat i nauki jaką odebrałem podczas godzin treningów i kolejnych startów. Mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że rozumiem to miejsce. To zrozumienie oznacza również świadomość nieprzewidywalności i realne niebezpieczeństwo schowane pod płaszczem z miękkiego, aksamitnego wydawałoby się piasku. W rajdach jest tak, jak w każdej innej materii – im więcej się nauczysz, tym mniej się obawiasz i tym mniej energii zużywasz na strach, a więcej zachowujesz jej choćby na jazdę w piekielnym upale.



Nie twierdzę, że się niczego nie boję. Nie jestem takim Kozakiem żeby wyjechać na pustynię bez całej technologii, która nam towarzyszy, jak GPS, sentinel, czy iritack. Bardziej chodzi o pewność, że potrafię samotnie przejechać odcinek specjalny, nie widząc ani jednego motocyklisty, czy quadowca. Wiem czego się spodziewać i z dużym prawdopodobieństwem potrafię odczytywać wydmy. Gdyby prześledzić moją jazdą z perspektywy helikoptera to można byłoby uznać, że jestem nawet troszeczkę za ostrożny, ale widziałem lokalnych zawodników, którzy popisywali się brawurą. Dwóch z nich spadło z wydmy oznaczonej w roadbooku trzema wykrzyknikami, a tłumacząc się stwierdzili, że takich wydm, to jeszcze nigdy w życiu nie wdzieli… Przyznaję, że nie jest łatwo utrzymać margines przytomności, czy myśleć o bezpieczeństwie kiedy chce się wygrać. Tym bardziej cieszy fakt, że mnie udaje się te dwie rzeczy pogodzić.

Pięć lat temu każdy machnął ręką – „przyjechał Polak i poznał smak pustyni”. Kilka dni temu na mecie w centrum Abu Zabi odbierałem gratulacje od wielu miejscowych, którzy podkreślali, że byłem poza ich zasięgiem. To ogromna satysfakcja, ale i motywator. Bo za kilka dni startuje Rajd Kataru, gdzie wygrywałem w dwóch ostatnich latach. Jak w każdym sporcie obowiązuje zasada „bij mistrza”, więc łatwo nie będzie, ale tę pustynię również znam. W Sealine Cross-Country Rally największym wyzwaniem będzie bezbłędna nawigacja, która jest podstawowym warunkiem do zdobycia podium.

Jest wyzwanie, trzeba podnieść rękawicę!

Trwa ładowanie komentarzy...